Zegarmistrz

watch-140487_1920

  • Ewie Olszańskiej z domu Becker zapisuję… – Adwokat wymieniał kolejne postanowienia testamentu. Gdy skończył, spojrzał na Ewę i Piotra. – Jeszcze pozostał aneks, w którym spadkodawca zawarł darowizny dodatkowe. – Sięgnął po leżącą na biurku kartkę, napisaną odręcznie, ale również oznaczoną pieczęciami notarialnymi. – Mojej wnuczce Ewie – zaczął ponownie czytać adwokat – zapisuję zegarek kieszonkowy damski firmy Tissot z roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego. Mojemu bratankowi Piotrowi zapisuję zegarek kieszonkowy męski, firmy Tissot, również z roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego. Oba zegarki nie mają istotnej wartości materialnej, ale mają znaczną wartość sentymentalną: były prezentem ślubnym dla mnie i mojej ukochanej małżonki i dlatego proszę was o troskliwe przechowywanie ich w naszej rodzinie, aż do następnych pokoleń. – Adwokat sięgnął po stojące na biurku dwa pudełka i wręczył po jednym Ewie i Piotrowi. – Bardzo proszę, oto zegarki, o których pisał testator.

Ewa otworzyła opakowanie. Wewnątrz na niebieskim welurze, leżała pozłacana „cebula” z błękitną różą na cyferblacie. Zegarek babci. Uśmiechnęła się do wspomnień: mała dziewczynka w za dużych szpilkach, przegląda się w lustrze o rzeźbionych ramach i podziwia czerwoną smugę na ustach, którą namalowała szminką pożyczoną bez wiedzy babci. Do pełni szczęścia i szyku brakowało jej tylko najpiękniejszego na świecie zegarka, niestety zamkniętego na klucz w szufladzie zabytkowej komody. Ewa uśmiechnęła się patrząc na trzymany w ręku czasomierz, który teraz nie wydawał się jej już tak oszałamiająco piękny, a zaledwie ładny. Wspomnienia. Odłożyła zegarek i spojrzała na pudełko, które otrzymał Piotr. Leżała w nim pozłacana „cebula” dziadka. Prawie identyczna jak ta, która trafiła do niej, różnił je jedynie kolor namalowanej na cyferblacie róży. „Dziadek wolał wersję tradycyjną.” – uśmiechnęła się. Róża była czerwona.

  • To jest jakiś złom! Nie działa! – Piotr wyjął zegarek i stukał nim o stół. –  Stryjek był zegarmistrzem, nie mógł naprawić zanim dał? To ma być spadek? Zepsuty zegarek i jeszcze do tego niewiele wart! No właśnie, a ile on jest wart? – zapytał adwokata.
  • Na to pytanie mogę odpowiedzieć nawet bardzo dokładnie, bo zgodnie z życzeniem testatora przed odczytaniem testamentu uzyskaliśmy wycenę rzeczoznawcy. – Adwokat sięgnął po kolejny dokument. – Zależnie od zainteresowania potencjalnych kupujących, za zegarki, jakie państwo otrzymali, można uzyskać cenę od ośmiuset do tysiąca złotych. Jednak rzeczoznawca podkreślił, że ten konkretny model nie jest wyjątkowy i trudno ocenić, czy w ogóle uda się go sprzedać.

Piotr skrzywił się niezadowolony.

  • Mój klient zastrzegł jednak – kontynuował adwokat – że ta część spadku dotyczy pamiątek i wolałby, aby pozostały w rodzinie.
  • Stryjek nie żyje, tak? To nie ma nic do gadania. Zrobię z tym, co zechcę.

Adwokat westchnął.

– Oczywiście ma pan rację, z punktu widzenia prawa była to jedynie prośba testatora. Jednak – adwokat sięgnął po kolejny dokument – pan Ignacy wziął pod uwagę, że mogą państwo nie życzyć sobie zastosować się do jego prośby i w związku z tym pozostawił również dyspozycję alternatywną. Jeżeli któreś z państwa nie będzie chciało zachować zapisanego mu pamiątkowego zegarka, może się go zrzec i zamiast tego otrzyma równowartość w gotówce.

  • To zaczyna mieć sens. Zabieraj pan to. – Piotr włożył zegarek do pudełka i przesunął je w stronę adwokata. – Kasa to kasa, a nie jakieś niedziałające śmieci. Kiedy wypłata?
  • Od razu. A pani? – Adwokat zwrócił się do Ewy. – Czy pani również chce otrzymać gotówkę?
  • Nie, biorę zegarek.
  • Bierz kasę – Piotr nie krył dezaprobaty. – Jak ci niepotrzebna to mnie pożyczysz.
  • To pamiątka. – Uśmiechnęła się. – Biorę zegarek.

Adwokat sięgnął po jedyną leżącą na stole kopertę, ozdobioną malutką czerwoną różą i przesunął ją w stronę Piotra.

  • Bardzo proszę, to są pieniądze dla pana, tysiąc złotych, górna kwota wyceny tak, jak życzył sobie państwa krewny.  – Piotr przeliczył zawartość, schował kopertę do kieszeni i rozsiadł się wygodnie na krześle.
  • No dobra, to lecimy dalej.
  • Co ma pan na myśli?
  • Resztę spadku.
  • Nie ma nic więcej. Otrzymali państwo do podziału dom, po dwadzieścia tysięcy gotówką i dwa zegarki. To wszystko.
  • Jak to wszystko! Stryj miał całą kolekcję zegarów, prawda? Bardzo drogich. A złota biżuteria stryjenki? A…
  • Proszę pana – przerwał mu adwokat. – Zgodnie z życzeniem klienta i według otrzymanych od niego instrukcji, przed odczytaniem testamentu przeprowadziliśmy bardzo dokładną inwentaryzację masy spadkowej i to jest wszystko. Dom, gotówka oraz dwa pamiątkowe zegarki.
  • I nie ma więcej żadnej klauzuli ani niczego innego? – Piotr był wyraźnie niezadowolony.
  • Jest jeszcze jedna klauzula – adwokat sięgnął po kolejną kartkę –  ale nie dotyczy już wysokości spadku. Pan Ignacy zadecydował, że z rzeczy będących wyposażeniem domu mogą państwo wybrać dla siebie co chcecie, wedle własnego uznania, bez określania ich przydziału testamentem. I to już zupełnie wszystko. – Adwokat zebrał wszystkie odczytane kartki i włożył je do teczki. – Nic więcej nie ma.

 


Prosto od adwokata pojechali do odziedziczonej willi. Piotr rzucił kurtkę na fotel i zaczął przeglądać szuflady. Ewa podeszła do okna i patrzyła na ogród. Przywoływał tyle wspomnień. Lato w kwiatach, lemoniada domowej roboty pita w cieniu drzew, bałwan z nosem z marchewki lepiony razem z dziadkiem. Westchnęła ze smutkiem, chciałaby zachować ten dom, ale wiedziała, że nie będzie w stanie spłacić kuzyna. Wokół panowała cisza, przerywana jedynie szczękiem otwieranych i zamykanych przez Piotra szuflad. Bardzo nietypowa cisza jak na ten dom. Brakowało zegarów. Tych wiszących na ścianach, stojących na stolikach i wielkich zegarów szafowych, tych dużych i małych, drewnianych i metalowych, które wcześniej w tym domu dzwoniły, cykały, brzęczały i odmierzały czas na wiele sposobów jednocześnie. Teraz było pusto. Ewa poczuła łzy pod powiekami. Brakowało tu dziadka, brakowało dźwięków, brakowało ….

  • Kuuuuuukuuuuu – gwałtownie odwróciła się, słysząc przeraźliwy wrzask przypominający zgrzyt metalu o metal, a ułamek sekundy później dołączył do niego brzęk sztućców spadających na podłogę.
  • Co to kur….!!! – Przerażony Piotr rozglądał się po pokoju trzymając w ręku dwa widelce wyjęte z szuflady.
  • Kukułka – westchnęła Ewa wskazując na jedyny wciąż wiszący na ścianie zegar, ozdobiony błękitną różą namalowaną na cyferblacie. – Tylko chyba trochę zepsuta. „Swoją drogą strasznie brzydki ten zegar, zupełnie nie w stylu dziadka” – pomyślała podchodząc bliżej, żeby przyjrzeć się niestarannie namalowanej niebieskiej róży.
  • Trochę zepsuta?! – Piotr schylił się, żeby pozbierać rozsypane na podłodze sztućce. – Myślałem, że coś wybuchło. I jeszcze się skaleczyłem. – powiedział z pretensją w głosie i wytarł krew o spodnie. – No dobra, to teraz powiedz gdzie jest wszystko co stryj miał? Bo tu nic nie ma. – Rozejrzał się po kuchni, w której otwarte były już wszystkie szafki i szuflady. – Gdzie trzymali pieniądze? – popatrzył oskarżycielsko na Ewę. – Gabinet już przejrzałem.
  • Nie wiem. Dziadek nie rozmawiał ze mną o finansach. Może to tylko legenda, że był bogaty.
  • Żadna legenda. A poza tym stryjek był maniakiem zegarków, tak? To gdzie są wszystkie? – Piotr otwierał drzwi do kolejnych pomieszczeń. – No gdzie? Nie wierzę, że miał tylko dwa i to zepsute. No i jeszcze ta cholerna kukułka. – Popatrzył z urazą na wiszący na ścianie jedyny pozostały zegar.
  • Może sprzedał.
  • Nie wierzę. Kochał zegary, tak samo jak te okropne puzzle, które ciągle układał. Pamiętam jak zawsze mówił, że zegarek to i tak najlepsza łamigłówka, a dom bez zegarków jest pozbawiony duszy i tak dalej. To gdzie one są? – Piotr zajrzał do szafki na buty. – A tak w ogóle… – zawahał się patrząc na Ewę. – No dobra powiem ci – zdecydował po namyśle. – Kiedyś podsłuchałem, jak rozmawiał przez telefon i wiesz co chciał kupić? Nowy Richard Mille Tourbillon.

Roześmiała się.

  • No proszę cię. Legendy o majątku legendami, ale przesadziłeś. Zegarek Richard Mille Tourbillon jest wart przynajmniej pół miliona dolarów. Chociaż przyznaję, że jest piękny.
  • Widziałaś go? – zapytał podejrzliwie.

Ewa znowu się roześmiała.

  • Oczywiście, że widziałam, w końcu jestem wnuczką zegarmistrza. Ale rozczaruję cię, bo tylko na zdjęciach. Nie mam znajomych, którzy noszą takie zegarki. Chyba ci się coś przesłyszało kuzynie. Kiedy masz samolot?
  • Jutro rano.
  • To szukaj dalej, bo jak wyjedziesz i nic nie weźmiesz, to sprzątnę ci sprzed nosa zegar z kukułką. – Uśmiechnęła się widząc niesmak na twarzy Piotra.

Piotr wrócił do sprawdzania szaf, a Ewa usiadła na sofie i zaczęła przeglądać leżące na stole albumy.

  • O popatrz, to babcia i dziadek na ślubie. A tutaj ja na kucyku, dziadek mi go kupił, a tutaj… – przeglądała.  – Słuchaj będziesz chciał te zdjęcia?
  • Nie.
  • To ja je biorę. Chyba z wiekiem robię się sentymentalna. – Ewa zaczęła szukać torby, do której mogłaby zapakować albumy. A ty, co wybrałeś?
  • Nic – Piotr nie ukrywał niezadowolenia. – Tu nie ma nic cennego! Sztućce, garnki, pościel i nic więcej. Zobaczę jeszcze w sypialni stryja.

Kilka godzin później wyszli z willi. Piotr znalazł jedynie szwajcarski scyzoryk, już nie najnowszy i ze śladami używania, lekko obtłuczony dzbanuszek z porcelany, dwa talerzyki również z porcelany, ale niepasujące do dzbanuszka i jeden duży zegar stołowy, z namalowaną na nim czerwoną różą, który również nie działał. Ewa dźwigała dwie siatki albumów, efekt pasji fotograficznej dziadka oraz notes z numerami telefonów jego znajomych. „Będzie trzeba do wszystkich po kolei zadzwonić” – pomyślała dokładając notes do albumów.

  • Dobra, to idę odstawić te śmieci do antykwariatu, może chociaż trochę kasy skapnie. – Piotr spojrzał z niesmakiem na zawartość siatki, którą niósł. – I jutro wylatuję. To cześć. – I nie czekając na odpowiedź odwrócił się i poszedł w swoją stronę.

Następnego dnia Piotr wrócił do Johannesburga, a Ewa została z koniecznością uprzątnięcia pozostałych sprzętów oraz pełnomocnictwem notarialnym upoważniającym ją do sprzedaży domu. I na tym podział spadku się skończył.


Gdy pchnęła ciężkie szklane drzwi z napisem „Zegarmistrz”, wewnątrz pomieszczenia zabrzęczał dzwonek. Zza kotary na zapleczu wychyliła się głowa mężczyzny.

  • O, witam pani Ewo. – Właściciel warsztatu wyszedł i podał jej rękę. – Bardzo mi przykro z powodu pani dziadka.
  • Dziękuję, panie Gustawie. Ja pośrednio w tej sprawie. Dziadek zapisał mi pamiątkowy zegarek babci. Niestety nie działa. Pomyślałam, że może dałoby się go naprawić.
  • Na pewno coś poradzimy, proszę usiąść. – Zaprowadził ją do stojącego pod ścianą fotela. – Napije się pani herbaty?
  • Nie, bardzo dziękuję, wpadłam tylko na chwilę. Chodzi o to. – Ewa wyjęła z torebki złoconą cebulę z błękitną różą na cyferblacie.

Zegarmistrz wziął zegarek i podszedł z nim do długiego stołu warsztatowego. Ustawił podświetlone szkło powiększające, podniósł z blatu mały śrubokręt i zaczął rozkręcać kopertę.

  • Panie Ewo, obawiam się, że nie będzie działał – powiedział po chwili, odkładając narzędzia.
  • Nic się nie da zrobić? – zmartwiona podeszła do stołu.
  • Proszę popatrzeć – przesunął w jej stronę otwarty zegarek. – Ktoś wyjął z niego cały mechanizm. W środku jest pusty. Zamiast tego jest tylko kawałek papieru. Bardzo proszę – wyjął szczypcami złożoną kartkę i podał ją Ewie. Od razu rozpoznała pismo dziadka.

„Ewa, jak sądzę wybrałaś zegarek zamiast pieniędzy. I słusznie. Mechanizm do niego masz w drugiej szufladzie mojego biurka, Gustaw Ci zamontuje. A jak pojedziesz po mechanizm, to weź jeszcze zegar z kukułką. Będę się bardzo cieszył, jeśli powiesisz go u siebie w domu. Namalowana na nim błękitna róża zawsze przypominała mi o twojej babci. To będzie mój kolejny prezent dla ciebie.”

„Cholera, tylko nie ten z kukułką – wystraszyła się. – Ale jak dziadek prosi…”

  • Coś nie tak pani Ewo? – zainteresował się zegarmistrz widząc jej minę.
  • Nie, w porządku – schowała kartkę do torebki. – Chyba w porządku.
  • Zamówić dla pani ten mechanizm? Za jakieś dziesięć dni mógłbym go sprowadzić.
  • Nie, już wiem gdzie jest, przywiozę go panu. Panie Gustawie bardzo dziękuję i już się pożegnam, jeszcze muszę coś zabrać od dziadka.
  • Oczywiście pani Ewo i jeszcze raz proszę przyjąć moje kondolencje.
  • Bardzo dziękuję. – Ewa uścisnęła dłoń zegarmistrza i wyszła.

 


  • Cześć kochanie – zawołała wchodząc do mieszkania z dużym pakunkiem pod pachą.
  • Cześć – Bogdan wyjrzał z pokoju. – A to co? – rzucił okiem na przyniesioną paczkę.
  • Będziemy mieli zegar w składziku.
  • A po co nam zegar w składziku?
  • Po to, żeby nie wisiał w pokoju. Dziadek chciał, żebyśmy go mieli, więc go powieszę, ale jest strasznie brzydki. Będzie, więc wisiał w składziku, no i może stamtąd nie będzie słychać kukułki!

Kukułkę jednak było słychać. Wydobywała z siebie skrzecząco-piskliwy dźwięk i to nie tylko za każdym razem, gdy anonsowała godzinę, ale oznajmiała również metalicznym skrzekiem połówki godzin, a czymś w rodzaju pisku także każdy kolejny kwadrans. Ewa wytrzymała pół dnia.

  • Dziadku, przepraszam – powiedziała patrząc w sufit. – Niech ten zegar tu wisi, ale kukułki nie wytrzymam. Mój stan psychiczny i szczęście rodzinne jej nie zniesie. Mam nadzieję, że zrozumiesz. – Wzięła śrubokręt i obcęgi i tak uzbrojona poszła do składziku. Zdjęła zegar ze ściany i kilkoma sprawnymi ruchami wyrwała z niego kukułkę. Zaraz za nią, z wnętrza zegara wypadła kartka:

„Tak myślałem, że nie wytrzymasz z kukułką. Musiałem naprawdę się napracować, żeby tak głośno skrzeczała, bo pewnie powiesiłaś zegar w składziku, żeby go nie oglądać, prawda? A musiał być brzydki, żeby Piotr go nie wziął. Ale to już nieważne. Zabierz to, co znajdziesz gdy kukułka skrzeczała najbardziej.”

  • Dziadku, ona chyba okropnie skrzeczała wszędzie i zawsze, a poza tym….. Cholera! – Ewa poszła do gabinetu Bogdana.
  • Kochanie mam ważne pytanie – zapytała w drzwiach.

Bogdan podniósł głowę znad papierów.

  • Tak?
  • Czy ja jestem bardzo przewidywalna?
  • Co masz na myśli?
  • Czy ty wiesz, co ja powiem, pomyślę, co zrobię, co będzie mi się podobało i tak dalej?

Bogdan uśmiechnął się, ale nawet nie próbował się zastanawiać.

  • Po dziesięciu latach małżeństwa, to już chyba tak.
  • To zrobię coś szalonego!
  • Ewuś, o co chodzi? – Bogdan wyciągnął do niej rękę, podeszła, usiadła mu na kolanach i opowiedziała o liście od dziadka.

– Skąd on wiedział, że powieszę zegar w składziku i wyrwę kukułkę? Czy ja naprawdę jestem jak otwarta księga? Kobieta chyba powinna być tajemnicza, zagadkowa. No wiesz, taka trochę nieobliczalna. – powiedziała Ewa z urazą.

  • Kochanie, ja też wiedziałem, że usuniesz tę kukułkę. – Bogdan uśmiechnął się. – Zastanawiałem się tylko ile wytrzymasz?
  • Nie podoba mi się to! – Ewa nie kryła dezaprobaty. – Zrobię coś czego nikt się nie będzie spodziewał. Zobaczysz! Ufarbuję włosy na zielono! Jak Ania z Zielonego Wzgórza. Jej co prawda to wyszło niechcący, ale i tak zawsze uważałam to za szczyt szaleństwa! I może nawet kiedyś tak zrobię… – dodała już mniej stanowczo i ciągle niezadowolona wstała z kolan Bogdana. Wzięła torebkę i wyszła z mieszkania.

 


Stała w domu dziadka i rozglądała się wokół. „Jeżeli ten upiorny zgrzyt, który słyszeliśmy z Piotrem, to nie był szczyt możliwości kukułki, to gdzie ona musiała wisieć, żeby skrzeczeć najbardziej?” Nie mogła sprawdzić tego dokładnie, bo resztki kukułki leżały u niej w mieszkaniu w koszu na śmieci, za to przyniosła ze sobą gwizdek. I najpierw nieśmiało, a potem już z coraz większą pewnością siebie, chodziła po domu gwiżdżąc, żeby ocenić gdzie jest najlepsza akustyka. Po godzinie takiego sprawdzania, osiągnęła tylko tyle, że bolała ją głowa. Odłożyła gwizdek, zaparzyła sobie herbatę i z filiżanką w ręku usiadła w fotelu naprzeciwko ściany, na której wcześniej wisiał zegar. Piła herbatę, patrzyła przed siebie i pogrążyła się we wspomnieniach: stojące kiedyś w tym domu zegary, stare meble, porcelanowa zastawa używana zawsze w niedzielę, filiżanki w różyczki…

  • O cholera! – Odstawiła filiżankę i podeszła do ściany. Dokładnie nad miejscem, na którym wcześniej wisiał zegar z kukułką była kratka wentylacyjna. A obok kratki namalowana była maleńka błękitna róża. – „No jasne, że kukułka najbardziej skrzeczała o dwunastej, gdy obie wskazówki wskazywały w górę. Że też musiałam się tyle nagwizdać! – spojrzała z urazą na leżący na stole gwizdek. W kuchni znalazła śrubokręt, weszła na drabinkę i zaczęła odkręcać kratkę wentylacyjną. Zdjęła kratkę i wsunęła rękę do otworu. Ze środka wyjęła małe, drewniane pudełko. Zeszła z drabinki, postawiła pudełko na stole i otworzyła. Wewnątrz był kolejny zegarek i złożona kartka. Rozwinęła papier.

„Ewa, nie farbuj włosów, a na pewno nie na zielono. Nie było by ci ładnie. Ani z Zielonego Wzgórza też nie było. Poza tym to i tak niczego nie zmieni. Znam Cię od lat i znam się na ludziach. Nie przejmuj się. Zajmij się tym, co ważne. Znalazłaś skrytkę, to dobrze. Ten zegarek był przeznaczony już tylko dla ciebie, dlatego musiałem go schować. Gdyby Piotr go znalazł, zaniósłby do antykwariatu. Bo tak właśnie zrobił z resztą, prawda? Jak widzisz ja naprawdę znam się na ludziach. Ale obiecałem mojemu bratu, że Piotr też będzie miał szansę na spadek, tak więc ma i nawet macie równe szanse, a przynajmniej teoretycznie. Teraz daj ten zegarek Krzysiowi do zabawy. Tak będzie najprościej, dzieci są w tym najlepsze.”

„Ciekawe co zostanie z tego zegarka po kontaktach z moim synem. Też umiem przewidywać!” – westchnęła Ewa. Włożyła zegarek do torebki, zabrała ze stołu gwizdek i skierowała się do drzwi.

 


  • Chcesz kanapkę? – zapytała Krzysia, który z miniaturowym śrubokrętem siedział pochylony nad zegarkiem dziadka. Zabrał go z błyskiem w oku natychmiast jak tylko wróciła z willi.
  • Myyy – pokręcił głową nie odrywając wzroku od właśnie odkręcanej śrubki.

„No cóż, nic co ma śrubki nie pozostanie w tym domu w całości.” – Uśmiechnęła się patrząc na syna i wyszła z pokoju.

Gdy piętnaście minut później kroiła marchewkę do kuchni wszedł szczęśliwy Krzyś.

  • Mama, zobacz co znalazłem w zegarku – z dumą wyciągnął do niej dłoń, na której leżały metalowe kółka i sprężynki, a między nimi złożony papier.
  • Raczej to się składało na zegarek, kochanie. Ale dziadek byłby z ciebie dumny. – Krzyś pokraśniał z zadowolenia, a Ewa sięgnęła po leżącą na jego dłoni niewielką kartkę.

„Teraz już będziesz wiedziała gdzie!” – przeczytała napisane na wierzchu słowa.

„Rodzina może wykończyć – pomyślała z rezygnacją. – Nie mógłby napisać wprost? – Rozwinęła dalszą część kartki.”

„Nie mógłbym napisać wprost – czytała dalej pismo dziadka. – Znasz Piotra, gdyby jednak to znalazł, nic by dla ciebie nie zostało. On też dostał swoją szansę. Weź zdjęcie babci, to, na którym jesteś z psem.”

  • Cholera, z jakim psem? – Obejrzała kartkę. Może gdzieś jest dopisek, który wyjaśni kwestię psa, ale nic już nie było.

Westchnęła i wyjęła z szuflady albumy. Było ich ponad dziesięć. Dziadek przez lata fotografował wszystko co się dało, a na każdym zdjęciu dla ozdoby była również babcia. Po kilku godzinach przeglądania nie znalazła ani jednego, na którym byłaby ona, babcia i pies. W poczuciu obowiązku pojechała do odziedziczonej willi, żeby sprawdzić czy nie ma tam innych zdjęć. Znalazła jedno, gdy tylko weszła do gabinetu dziadka. Na biurku, w błękitnej ramce w różyczki stało zdjęcie, na którym była ona, babcia i pies. A dokładnie pies był malutką maskotką, którą kilkuletnia Ewa trzymała w ręku. Jej ulubiona zabawka z dzieciństwa. Uśmiechnęła się. „Ciekawe gdzie on teraz jest. Może babcia trzymała go na strychu.” Poszła na strych i zaczęła przeglądać zawartość skrzyń. W jednej z nich na wierzchu leżał Ciapek. Sponiewierany i zniszczony. Wyjęła go ze skrzyni, z sentymentem otrzepała z kurzu i schowała do torebki. W domu pokazała maskotkę Bogdanowi.

  • Popatrz kochanie, przez wiele lat to był najlepszy przyjaciel twojej żony.

Bogdan wziął zabawkę.

  • Przystojny – obejrzał pieska ze wszystkich stron. – Ale mam nadzieję, że ja ci się bardziej podobam?
  • Bardziej. Nie jesteś taki zakurzony.
  • Tylko dlatego?
  • No, jeszcze parę powodów by się znalazło…
  • Jakich? – Bogdan przyciągnął ją do siebie i nie czekając na odpowiedź pocałował. Ewa zamknęła oczy, rozchyliła wargi i…
  • Mamo, mamo, ja chce kanapkę – rozległo się obok.

Ewa niechętnie oderwała się od Bogdana.

  • No cóż, życie rodzinne naprawdę jest przewidywalne – westchnęła i sięgnęła po chleb.

 


Wieczorem pokazywała Bogdanowi albumy.

  • Popatrz, tutaj babcia i dziadek zaraz po ślubie. A to ja niedługo po urodzeniu. A tutaj też ja z kucykiem. Dziadek mi go kupił jak miałam osiem lat. W każdą sobotę jeździliśmy do kucyka. Bardzo go lubiłam. Nazywał się Leu. Ładne imię, prawda? To dziadek je wymyślił. A tutaj ja na nartach, a tutaj… – pokazała ostatnie zdjęcie, zamknęła album i sięgnęła po błękitną ramkę w różyczki. – A to ta fotografia, po którą dziś pojechałam do dziadka. – Popatrzyła na nią jeszcze raz: mała Ewa przytula malutkiego pluszowego pieska, a obok stoi piękna, elegancko ubrana kobieta. „Ale babcia była ładna – Ewa westchnęła z zazdrością.”

Bogdan wziął od niej zdjęcie i przyjrzał mu się z uwagą.

  • Jesteś bardzo podobna do babci.
  • I za to cię kocham! – powiedziała zadowolona. – Zawsze wiesz co powiedzieć.
  • Na tym zdjęciu coś jest. – Bogdan przyjrzał się fotografii pod światło. –  Malutka strzałka, chyba narysowana flamastrem. – Wyjął zdjęcie z ramki, poślinił palec i delikatnie potarł czarny znak. – I niedawno namalowana, bo jeszcze brudzi – pokazał ślad na kciuku.

Ewa popatrzyła na zdjęcie:

  • I wskazuje na Ciapka. Ale co może być specjalnego w Ciapku? – Zdjęła z regału maskotkę i z powrotem usiadła na sofie obok Bogdana. – Obejrzała zabawkę ze wszystkich stron. Do brudnego, zniszczonego psa, nie pasowała wyglądająca na nową, niebieska nitka, którą zszyty był brzuszek pieska. Pokazała szew Bogdanowi.
  • Prujemy? – zaproponowała żartem. – Dziadek lubił tajemnice. Może tam jest jakiś mikrofilm szpiegowski, wiesz tak jak na filmach sensacyjnych, albo tajemnicze listy kompromitujące znanego senatora, albo… – Ewa dała się ponieść wyobraźni.
  • A może po prostu sprawdźmy czy coś jest? – zaproponował rzeczowo Bogdan i podał jej nożyczki. – Wystarczy zajrzeć i będziesz wiedziała.

Ewa westchnęła, biorąc nożyczki.

  • Tyle, że czasem lepiej nie zaglądać. Bo wtedy można sobie wyobrażać. A jak się wie, to już nie ma co wymyślać. Ale niech ci będzie. Przepraszam Ciapku, potem cię zeszyję – dodała patrząc w oczy maskotce i przecięła nitkę zszywającą pluszowy brzuch. Włożyła rękę do środka i namacała coś twardego. „Mam nadzieję, że to nie tylko zwinięte gałgany, ale coś bardziej tajemniczego, coś….” – Z wnętrza pieska wyjęła atłasowy niebieski woreczek. Wyglądał na nowy. Rozwiązała tasiemkę i wysypała na dłoń zawartość. Zalśniły przezroczyste kamienie.
  • O cholera – zamarła. – Diamenty? – wyksztusiła jak wrócił jej głos. – Bogdan, czy to są diamenty?

Bogdan wziął jeden z przezroczystych kamyków i spojrzał na niego pod światło.

  • Na oko tak – powiedział – ale przyniosę lupę.

Po chwili wrócił ze sprzętem jubilerskim i zabrał się za fachową ocenę zawartości pieska.

  • Diamenty – powiedział odkładając ostatni kamień na talerzyk.
  • Wiesz jak ja zawsze marzyłam o takiej chwili?! Żeby było tak jak na filmach, bohater wysypuje na dłoń tajemnicze kamienie i one tak lśnią…
  • Ewa poczekaj, tu jest jeszcze jakaś kartka – Bogdan ponownie sprawdził wnętrze rozprutego pieska i wyjął z niego złożony papier. Ewa rozwinęła list.

„Zawsze chciałaś dostać diamenty. Żeby było tak jak na filmach. No, to niech ci będzie, kupiłem kilka. Ale osobiście uważam, że diamenty nie mają duszy. Resztę spadku znajdziesz tam gdzie nazywał się kucyk. Na pewno pamiętasz kucyka. To sprawdź jak kucyk powinien nazywać się teraz.”

Ewa odłożyła list i wyraziła swoje narastające niezadowolenie:

  • Cholera kucyk nie żyje od wielu lat, to jak miałby nazywać się teraz? Teraz to raczej by się w ogóle nie nazywał, bo nie żyje, a jak by żył, to myślę, że nawet sam by nie wiedział jak się miałby nazywać, bo wątpię czy nawet wtedy wiedział jak się nazywa, to skąd ja mam wiedzieć jak się teraz powinien nazywać i ….
  • Ewa spokojnie – Bogdan jak zwykle podszedł do sprawy racjonalnie. – Jak ten kucyk miał na imię?
  • Leu.
  • A wiesz w jakim to języku było, albo co miało znaczyć?
  • Nie. Nigdy nie zastanawiałam się, że to ma coś znaczyć. Dla mnie to było po prostu oryginalne imię. Żaden inny kucyk tak się nie nazywał.
  • A wiesz jak to się pisze?
  • Wiem, po prostu Leu. Dziadek popodpisywał mi wszystko: siodło, szczotki i całą resztę sprzętu. Nie dało się nie zapamiętać.
  • No dobrze, to sięgnijmy do źródła wiedzy wszelakiej. – Bogdan wyjął z kieszeni komórkę i otworzył Internet. – Może znajdziemy czy Leu coś znaczy.

Wpisał trzy literki i popatrzył na wyświetlacz. – Coś jest i to nawet sporo. Popatrz, może przyjdzie ci coś do głowy – podsunął jej telefon.

Ewa z roziskrzonymi oczami wpatrywała się w leżące na talerzyku diamenty i delikatnie przesuwała palcem jeden po drugim.

  • Ewa.
  • Tak? – zaskoczona popatrzyła na niego. – Mówiłeś coś?
  • Mówiłem. Popatrz na to – wskazał na wyświetlacz telefonu. – Wyświetliło się kilkadziesiąt Leu. Czy któreś hasło coś ci mówi.

Ewa wzięła komórkę i zaczęła przeglądać.

  • Leu – waluta rumuńska, nie sądzę, żeby dziadek był wielbicielem waluty rumuńskiej, Leu – lew po rumuńsku, no kucyk to akurat nie miał charakteru lwa, Leu – brytyjski zespół folkowy – dziadek słuchał tylko klasyki, Leu Leu – danie orientalne, nawet nie wiem czy miałabym ochotę spróbować, Andrea Leu z Norwegii szuka męża, nie mam żadnego na zbyciu, Bank Leu w Zurichu, firma Leu w Nigerii – nie sądzę, … Zaraz! Bank w Zurichu? Dziadek miał znajomych w Zurichu. Co to za bank? – Ewa przesunęła ekran do hasła Bank Leu Zurich i zaczęła czytać. – Zobacz! Ten bank kilka lat temu został przejęty i zmienił nazwę. I teraz Leu nazywa się Credit Suisse. I nawet wiem jak sprawdzić czy o to chodzi! – Ewa wyjęła z torby przywieziony od dziadka notes z numerami telefonów, otworzyła na właściwej stronie i zadzwoniła.
  • Good evening. This is Ewa Olszańska…
  • A witam pani Ewo – usłyszała w słuchawce męski głos mówiący po angielsku z bardzo silnym niemieckim akcentem – pani dziadek uprzedził, że pani zadzwoni.
  • Z zaświatów uprzedził? – wyrwało się zaskoczonej Ewie.
  • Oczywiście, że nie – roześmiał się głos w słuchawce. – My szwajcarscy bankierzy jesteśmy konserwatywni, ale nie aż tak. Do kontaktów wolimy nowoczesny telefon, nie wirujący stolik. A swoją drogą proszę przyjąć moje kondolencje.
  • Bardzo dziękuję. Skąd pan wiedział, że zadzwonię?
  • Mój drogi przyjaciel Izanacy – „to zapewne miało brzmieć: Ignacy” domyśliła się Ewa – a pani dziadek, zadzwonił kilka dni przed swoją śmiercią. No cóż, na każdego z nas przyjdzie pora… – Bankier zamilkł na chwilę – ale wracając do tematu. Zawiadomił mnie, że zgłosi się pani w sprawie pozostawionej przez niego dyspozycji. I jeżeli dzwoni pani dzisiaj, to jutro możemy się spotkać w Zurichu, bo pojutrze wyjeżdżam na urlop. Nawet zastanawiałem się czy nie powinienem przełożyć wyjazdu, ale Izanacy zapewnił mnie, że na pewno zadzwoni pani nie później niż dziś i spokojnie ze wszystkim zdążymy. I jak widzę, pani dziadek jak zwykle miał rację. – Bankier powiedział to z wyraźnym zadowoleniem. Dla szwajcarskiego bankiera świat przewidywalny to świat idealny. – W takim razie jutro o szesnastej odbierze panią z lotniska w Zurichu mój szofer. Załatwimy formalności i ze spokojnym sumieniem pojutrze będę mógł pojechać z żoną nad Jezioro Genewskie. Bilety już czekają na panią na lotnisku gdańskim, przewidując okoliczności załatwiłem je wczoraj. Także do zobaczenia jutro, a teraz będę musiał przeprosić, bo pomimo póżniej pory właśnie zaczynamy ostatnie przed urlopem zebranie. Życie bankiera niestety składa się z zebrań – westchnął. – Ale rozumiem, że jutro pani pasuje?
  • Tak – wyksztusiła oniemiała Ewa.
  • To wspaniale i do zobaczenia – i zakończył rozmowę.
  • Kochanie, jutro lecę do Szwajcarii. – Ciągle oszołomiona Ewa odłożyła słuchawkę i powtórzyła Bogdanowi treść rozmowy. – Ale jak wrócę to zrobimy coś szalonego. Dobrze? Potrzebuję czegoś nieuporządkowanego, nierozsądnego i ogólnie nieprzewidywalnego.
  • Masz jakieś propozycje? – uśmiechnął się i ją przytulił.
  • Mam. Pojedziemy na Goa. Tylko we dwoje. Ciepłe plaże, słońce, drinki. Wynajmiemy chatę z bali i nie wyjdziemy z niej przez tydzień. Morze pooglądamy tylko przez okno. To będzie odpowiednio nierozsądne i całkiem szalone. I jak ci się podoba mój plan?
  • Bardzo mi się podoba, a co będziemy robić w tej chacie przez tydzień?
  • Coś pewnie wymyślimy. Może zabierzemy scrabble i pogramy.
  • Żadne scrabble. Mam inny pomysł i nawet możemy go wypróbować od razu. – Wziął Ewę na ręce i zaniósł do sypialni.

  • Bardzo proszę oto skrytka pani dziadka. – W klimatyzowanym pomieszczeniu bez okien, bankier wyjął z sejfu metalowe pudełko i postawił je na środku niewielkiego stołu. – Pani dziadek, a również mój klient, upoważnił mnie do powiedzenia, że takie skrytki zostawił dwie. I zgodnie z jego dyspozycją, jeżeli któraś nie zostanie otwarta przez spadkobierców w określonym terminie, to jej zawartość będzie przekazana na cel charytatywny. O ile wiem, od polskiego adwokata mojego przyjaciela, drugi spadkobierca swój zegarek wymienił na gotówkę, tak więc główna wskazówka do niego nie trafiła. Jednak mój przyjaciel wziął pod uwagę, że któreś z państwa może pod wpływem chwili podjąć taką decyzję, więc żeby dać wam drugą szansę, pozostawił możliwość wybrania sobie dowolnego przedmiotu z pozostawionych przez niego w willi i w ten sposób znalezienia kolejnej wskazówki, również oznaczonej różą w odpowiednim kolorze. I nawet jeśli spadkobierca utracił swój pierwszy list, to jeżeli los by mu sprzyjał, nadal miał szansę uzyskać spadek. Ale jeżeli los by mu nie sprzyjał, no cóż… – bankier rozłożył ręce – jak zawsze powtarzał pani dziadek: „W życiu trzeba mieć szczęście, albo chociaż dokonywać właściwych wyborów.” Ale równocześnie zapewnił mnie, że pani pojawi się na pewno i że nie będzie z tym problemu. A teraz proszę otworzyć skrytkę. Tu jest klucz – podał Ewie dziwnie wyglądający trójkątny metalowy przedmiot, który świetnie pasował do otworu stojącej na stole metalowej skrzynki. Przekręciła klucz i wieko odskoczyło z cichym trzaskiem. Wewnątrz leżał zegarek. Zupełnie przezroczysty. Było widać umieszczone w nim wszystkie kółka i trybiki. A jednocześnie wyglądał zadziwiająco elegancko. „Jasna cholera, Piotr miał rację. Dziadek kupił Richard Mille Tourbillon.”
  • Pół miliona dolarów – jęknęła Ewa patrząc oniemiała na leżący przed nią niewielki zegarek.
  • Nie pani Ewo – odpowiedział spokojnie bankier – to jest wersja Sapphire, wykonano jedynie pięć takich egzemplarzy. Bardziej precyzyjnie należałoby powiedzieć, że trzyma pani w ręku milion dolarów.

 

 


  • Nigdy wcześniej nie leciałam klasą biznes. – powiedziała Ewa rozglądając się po wnętrzu samolotu i przeciągnęła się na wygodnym fotelu. – A swoją drogą zastanawiam się skąd dziadek wiedział, że tak to wszystko się skończy? No wiesz, nawet bankierowi powiedział, że zadzwonię i że nie musi odkładać urlopu – zasłoniła okno plastikową zasuwką, żeby nie raziło jej słońce. – O cholera – wyprostowała się w fotelu.
  • Co się stało? – zaniepokoił się Bogdan.
  • Nic takiego. Po prostu uświadomiłam sobie, że jak zwykle zapomniałam kremu z filtrem. Musimy koniecznie kupić na lotnisku, bo z moją cerą będę miała nos opalony na różowo zanim zdążymy zamknąć się w naszej chacie. – Uśmiechnęła się na myśl o plażach Goa i sam na sam z Bogdanem w romantycznym domku z bali, stojącym w cieniu palm tylko kilkanaście metrów od morza.
  • Powitanie od kapitana: szampan dla państwa – powiedziała z uśmiechem stewardesa stawiając na stolikach przed nimi dwa kieliszki. – A dla pani jest jeszcze przesyłka – wyciągnęła w kierunku Ewy srebrną tacę, na której leżała koperta. „Może zaproszenie do stołu kapitańskiego jak na statkach – ucieszyła się Ewa – jakkolwiek miałoby to wyglądać w samolocie.” – Wzięła kopertę i wyjęła z niej złożoną kartkę z namalowaną na wierzchu niebieską różą. Pismo nie budziło wątpliwości.

„Pewnie zastanawiasz się skąd wiedziałem, że tak to się skończy? Ludzie są bardzo przewidywalni, kochanie. Znacznie bardziej niż im się wydaje. I to dobrze, inaczej trudno byłoby z nimi wytrzymać. Cieszę się, że zegarek trafił do ciebie. Jest piękny, prawda? A teraz jak sądzę lecisz  na Goa? To baw się dobrze. Pamiętaj tylko o kremie z filtrem, babcia zawsze musiała Ci o nim przypominać. Dziadek.”

 

PS

Wiem, że dialogi zapisuje się kreseczką, a nie kropeczką, ale chyba edytor o tym nie wie. Walczyliśmy w tej sprawie dłuższa chwilę. W końcu poddałam się. Wygrał.

 

O programie Magda Walczak

Coach, manager, trener biznesu, pasjonatka rozwoju osobistego i miłośniczka pisania :)

A co Ty o tym myślisz?