Małpy

Małpy - Fikcja literacka by Magda Walczak. Magda Walczak BLOG

 

Fikcja literacka 🙂 Wspomnienia z wakacji. To co dotyczy małp jest jak najbardziej prawdziwe 🙂

—-,,—-

Rozejrzałam się po pokoju, „Jak na Azję to całkiem nieźle, mam łazienkę”,, pomyślałam i otworzyłam drewniane, lekko skrzypiące drzwi. „Co prawda kran odpada ze ściany”, spróbowałam poruszyć go ręką. „Ale i tak jest nieźle”. Wróciłam do pokoju, usatysfakcjonowana oględzinami i wzrok padł na kartkę powieszoną przy oknie.

„UWAGA! MAŁPY! Prosimy nie zostawiać bez nadzoru otwartych drzwi, okien, jak również nie zostawiać żadnych przedmiotów na zewnątrz. Za szkody spowodowane przez małpy dyrekcja hotelu nie odpowiada!”

„Małpy pewnie też nie”, pomyślałam i rozsunęłam zasłony. Na balkonie siedziała małpa i z zainteresowaniem oglądała podarty czerwony T-shirt z napisem „I love NY”. „Wielbiciel Nowego Yorku stracił koszulkę. Jeden zero dla małpy”. Aktualna posiadaczka koszulki próbowała zajrzeć do pokoju, więc szybko zaciągnęłam zasłony i poszłam spać.

Następnego dnia świeciło słońce. Piękne, cudowne słońce wyrywające duszę na zewnątrz. Po kilku miesiącach zimy w Polsce, dusza bardzo stanowczo się wyrywała i od razu poszłam na spacer. Na zewnątrz słońce, kurz, szare budynki, biedni i uśmiechnięci ludzie, co metr sklep, albo raczej stragan i znowu kurz i jeszcze raz kurz i do tego wszędzie piasek w powietrzu. No i małpy. Obowiązkowe małpy. Całe stadka drepczące luzem po ulicy.

„Nigdy nie patrz im w oczy, nie uśmiechaj się, bo jak zobaczą, że pokazujesz zęby, to zaatakują, a jak widzisz samca, to będzie ten taki duży, to patrz pokornie na ziemie, żeby tylko nie na niego. To może ci nic nie zrobi”, przypomniałam sobie dobre rady. „Dyktatura małp, cholera”, uznałam niezadowolona, ale po kilku godzinach przestałam je zauważać. Wtopiły się w tło, tak samo jak spokojne bezdomne psy, ptaki latające nad trawnikami w poszukiwaniu jedzenia i amerykańscy turyści głośno rozmawiający i obecni wszędzie w dużych ilościach.

Nawet nie zauważyłam jak wyrwał mi siatkę. Miałam w niej taśmę pakową, świeżo kupioną metalową łyżkę, nowy notes, kilka innych drobiazgów i trzy pomarańcze. To był samiec, ta duża wersja małpy. Ta do której miałam się nie uśmiechać. Nawet nie zdążyłam dostosować się do zaleceń, żeby patrzeć pokornie na ziemię i może wcale mu na tym nie zależało, bo od razu uciekł. Odbiegł kilka kroków i wysypał zdobycz na trawnik. Z zainteresowaniem obejrzał łyżkę, spróbował nadgryźć i wyrzucił z niesmakiem. Taśmę powąchał i też wyrzucił i w tym momencie zlitował się nade mną przechodzący obok Hindus. Westchnął, popatrzył na oniemiałą turystkę (to ja), spokojnie podszedł do małpy i tupnął. Małpa spojrzała w górę, złapała pomarańczę i uciekła. Hindus pozbierał z trawnika rozsypane rzeczy, wrzucił je do lekko sponiewieranej siatki, podszedł do mnie i podał wszystko, pokazując na migi: „Kobieto! W kieszeniach to trzymaj, a nie na wierzchu. Pomarańcze nosisz luzem w siatce!? Na ulicy!? Zwariowałaś!?”, słów nie było, ale przekaz nie budził wątpliwości. Brakowało tylko tego żeby popukał się palcem w czoło. Kilka kroków dalej obejrzałam się za nim – właśnie się pukał.

Z nadmiaru wrażeń wróciłam do hotelu. Odpoczęłam przy zimnej coli, usiadłam przy stoliku i otworzyłam odzyskaną siatkę. Wewnątrz była łyżka, jedna pomarańcza, oderwany kawałek amerykańskiego paszportu, duży przezroczysty kamyk, prawie nieużywana dziesięciodolarówka, kapsel od piwa i coś, co wyglądało na zaschniętą psią kupę.

„Zostałam obdarowana wszystkim, co leżało na trawniku”, pomyślałam niesmakiem.

Obejrzałam pomarańczę, nie wydała mi się apetyczna, trafiła, więc na balkon, gdzie po chwili zajadała ją nieduża małpka. Wyjęłam kamyk i opłukałam w wodzie. Wyglądał całkiem ładnie. Był duży, miał około trzech centymetrów, był przezroczysty i nawet oszlifowany, ale bardzo prostym szlifem, zwanym szlifem stolikowym składającym się tylko z kilku fasetek. „No, widocznie to szkiełko, kamieni tak ubogo się już dawno nie szlifuje”, pomyślałam z rozczarowaniem. Na wierzchniej części było niewielkie uszkodzenie w kształcie półksiężyca. „Ładny”, westchnęłam, „ale jak już coś znajdować, to, dlaczego nie od razu złoty pierścień z diamentami, albo wielki szmaragd, albo rubin, albo …?”, rozmarzyłam się.

  • No właśnie, dlaczego chociażby nie rubin?”, powiedziałam głośno, patrząc w sufit jak w niebo, ale nikt mi nie odpowiedział. „No dobrze, może rubin będzie następnym razem, a to szkiełko tylko na rozgrzewkę. Niech zostanie może przyniesie szczęście”, pomyślałam pojednawczo i schowałam je do kieszeni. Wyjęłam z siatki łyżkę, co prawda nie było na niej śladów zębów, ale jednak jestem przeciwna korzystaniu ze sztućca, którego używał już ktoś innego gatunku, trafiła, więc do kosza, a chwilę później dołączył do niej kapsel. Dziesięciodolarówka wyglądała na prawdziwą, uznałam ją więc za rozliczenie od losu za poniesione straty. I pozostał paszport, a dokładnie jego resztka. „I co mam z tym zrobić?” Obejrzałam oderwany fragment: widać było tylko końcową część nazwiska ”…Intre”, a to, co zostało ze zdjęcia pokazywało jedynie szyję właściciela. Za to ocalał prawie cały numer i początek nazwy „United Stat….” „No trudno, to jednak dokument, głupio wyrzucić. Trzeba oddać”. I w poczuciu obowiązku pojechałam do właściwej ambasady.

Urzędnik, który mnie przyjął był mało uprzejmy: Skąd to mam?! Co zrobiłam z resztą paszportu obywatela jego kraju?! Gdzie spotkałam właściciela tego dokumentu?!” Mnożył wykrzykniki i irytował mnie coraz bardziej. W końcu zadał urocze pytanie: Czy na pewno nie znalazłam czegoś jeszcze, czego mu nie oddałam?! i oczywiście z obowiązkowym wykrzyknikiem na końcu. Z irytacji zapomniałam o dziesięciodolarówce i przyszła mi do głowy tylko jedna odpowiedź: „Tak, psią kupę. Przywieźć panu?” To go na szczęście przystopowało i nie czekając na dalszą reakcję wstałam i wyszłam. Głupi buc! Następnym razem spalę, jak znajdę coś „obywatela jego kraju”. Niech się wypcha! Ja też mam prawo do wykrzykników!

Na poprawę humoru poszłam na obiad do pobliskiej restauracji. Jedzenie było całkiem znośne i nawet był klimatyzacja. Po godzinie najedzona i wypoczęta postanowiłam pójść na spacer.

Idąc prosto przed siebie, po kilku minutach trafiłam na miejscu mojej porannej przygody z małpą. Małpy tym razem nie było, za to na trawniku klęczał Buc z amerykańskiej ambasady. Wyglądał jakby przeszukiwał trawę. A wokół niego inni panowie w garniturach. „Może szukają reszty tego paszportu? Co za dbałość o dokumenty obywatela”, pomyślałam z uznaniem. „No to cofam wszystko, co pomyślałam o Bucu! Nawet te wykrzykniki mu wybaczę.” Podeszłam bliżej i do uszu doleciał mi strzęp rozmowy, którą odbywał przez telefon, pan w prawie identycznym garniturze co Urzędnik (żeby już nie było, że Buc).

  • …fałszywy paszport. Tak, jakaś nieprzyjemna baba przyniosła kawałek… – Włosy mi się zjeżyły: „Sam jesteś nieprzyjemny, głąbie”, pomyślałam. „To teraz będziesz Buc numer 2” – … Nie wiem skąd. Nie mogliśmy zatrzymać, wstała i sobie poszła….Może zamieszana, nie wiem. – Cofnęłam się o krok. – No nie, John nie pomyślał, żeby dać jej ogon. – Cofnęłam się jeszcze o dwa kroki. – Tak, wiem, ale już za późno… Myślisz, że McIntre jedzie teraz na tym drugim paszporcie?…Nie mamy wyjścia. Trzeba jakoś szukać. Po ostatnim włamaniu podróżował na tamtym…Tak, opis poszedł. Na lotniska też. Cholera taki wstyd! Obywatel naszego kraju zamieszany w taką kradzież! I to akurat przed wizytą prezydenta. Taki znany złodziej, jak mogliśmy to przegapić?!…. Jasne, stary się wścieka. Jeszcze jak!

  • Przepraszam panią – popukał mnie w ramię kolejny pan w garniturze – szuka pani czegoś?

  • Jestem dziennikarką – skłamałam. – Czy coś się tutaj wydarzyło? Mogę zadać panu kilka pytań?

  • Nie proszę pani nic się nie wydarzyło? Czyścimy trawnik w ramach dnia bez śmieci.

  • Tak w garniturach? I dzień bez śmieci był wczoraj, w tym mieście jest w piątki.

Trochę się speszył

  • Panowie z ambasady? – popatrzyłam wymownie na amerykańskiego orła wpiętego w klapę jego marynarki.

  • To ja zapytam szefa – skierował się do klęczącego na trawniku Urzędnika. Korzystając z okazji wycofałam się za najbliższy budynek i wyjrzałam. Człowiek w garniturze z orłem, podszedł do klęczącego na trawniku i coś do niego powiedział. Urzędnik szybko się podniósł i zaczął rozglądać. Garnitur wskazywał na miejsce, na którym przed chwilą stałam i robił ruchy rękami, jakby pokazywał sylwetkę i długość włosów. „No, taka gruba to ja na pewno nie jestem! Durniu!”, oburzyłam się stanowczo. Ale gdy Urzędnik, rozglądając się cały czas uważnie po okolicy, sięgnął z poważną miną po telefon, na wszelki wypadek oddaliłam się i szybkim krokiem i bocznymi uliczkami, dotarłam do hotelu.

W pokoju przy szklance coli, rozważałam sytuację: „Złodziej, fałszywy paszport, którego kawałek miałam. Szukają tego McIntre, chyba jakaś duża afera. Interesujące”, upiłam łyk coli, „A może będzie tak jak w powieściach? Tajemnicza informacja zapisana przez przestępcę na pozornie nic nieznaczącym przedmiocie… Dziesięciodolarówka!”, poderwało mnie na nogi. „Zapomniałam o niej powiedzieć. Może tam coś jest?”, sięgnęłam do kieszeni wiatrówki. W kieszeni była paczka chusteczek, przezroczyste szkiełko z prościutkim szlifem, które Hindus wrzucił mi rano do siatki razem z innymi rzeczami, krem do rąk, płyn do dezynfekcji w podróży, napoczęta paczka cukierków, stara torebka herbaty, mały śrubokręt, latarka i już wykorzystany bilet do kina jeszcze z Polski. Wyjęłam wszystko i położyłam na stoliku pod oknem. I zaczęłam wszystko przeglądać. Dziesięciodolarówka znalazła się wsunięta między chusteczki. Wyjęłam ją i skrupulatnie obejrzałam. I miałam rację!!! Na banknocie zapisany był numer. Serce zabiło mi mocniej. Już widziałam nagłówki w gazetach: „Wyjątkowa dedukcja dociekliwej turystki z Polski doprowadziła do ujęcia groźnego przestępcy. Ambasada amerykańska składa podziękowania”, a obok zdjęcie jak Buc mi gratuluje. Odruchowo poprawiłam fryzurę. „Dobra, oprzytomniej!”, przywołałam się do rozsądku. „Najpierw to rozwiąż! Co to może być?”. Zapisane cyfry wyglądały na lokalny numer telefonu. „To jest Trop! Trzeba sprawdzić!”. Zdecydowanie sięgnęłam po słuchawkę i równie szybko ją odłożyłam. „To może być niebezpieczne! Trzeba zachować ostrożność! Nie mogę dzwonić od siebie, żeby przestępcy nie namierzyli mnie w hotelu.” Zadowolona z własnej przezorności, wzięłam torebkę i wyszłam na zewnątrz w poszukiwaniu bezpiecznego telefonu. Takiego możliwie daleko od hotelu.

W końcu go znalazłam. Rzeczywiście był daleko. Nie napiszę, gdzie mi nogi weszły, od tego szukania, ale właśnie tam weszły. No, ale czego nie robi się dla Tajemnicy.  Zgrzana i zmachana weszłam do budki telefonicznej, chyba jedynej w promieniu 100 kilometrów. „Ale cóż, sukces wymaga poświęceń!”, pocieszyłam się, sięgnęłam po słuchawkę i wykręciłam numer zapisany na dziesięciodolarówce.

  • Dzień dobry – rozległ się głos w słuchawce – tu automatyczna informacja lotniska w New Delhi. Odloty wybierz jeden, przyloty dwa…

Nie słuchałam, co jest na trzy. Zrezygnowana wyszłam z budki, pomachałam na taksówkę i podałam adres hotelu.

Gdy otworzyłam drzwi, akurat przez niedomknięty dolny lufcik, sięgała do pokoju mocno owłosiona ręka. Gdy tylko małpa zorientowała się, że ktoś wszedł, chwyciła, co było na wierzchu i szybko z tym uciekła. Ze stolika zniknęły chusteczki, latarka i znalezione rano oszlifowane szkiełko.

„Głupi małpiszon! To była nowa latarka! No i to szkiełko. Całkiem ładne. Mogłabym zrobić sobie z niego wisiorek na pamiątkę. I nawet to uszkodzenie na wierzchu dałoby się ukryć, przecież to był tylko malutki półksiężyc. I mimo tego, tak ładnie błyszczało. Jaka szkoda!”


Następnego dnia w recepcji leżał nowy „Hindustan Times”. Na pierwszej stronie wielkimi literami krzyczał nagłówek: „Zaginiony klejnot maharadży. Bezcenny diament z charakterystycznym zabytkowym szlifem, zaginął wczoraj podczas włamania do rezydencji w centrum New Delhi. Na miejscu znaleziono zwłoki obywatela amerykańskiego, drugi z włamywaczy uciekł. Ambasada odmawia komentarzy. Los kamienia jest nieznany”.

Na dołączonym zdjęciu widać było kilkucentymetrowy przezroczysty kamień, oszlifowany prostym szlifem stołowym, niestosowanym do obróbki diamentów już od kilkuset lat, a w jego górnej części, rzucało się w oczy drobne uszkodzenie, przypominające kształtem półksiężyc.

 

PS

To bardzo dawno napisane opowiadanie, także zapis tekstu może mieć swoje wady. Ale bardzo proszę się tego nie czepiać. Niech zostanie w wersji „historycznej”.

 

 

O programie Magda Walczak

Coach, manager, trener biznesu, pasjonatka rozwoju osobistego i miłośniczka pisania :)

A co Ty o tym myślisz?