Konsumpcjonizm nasz codzienny

Konsumpcjonizm nasz codzienny - Artykuł. Magda Walczak Blog

Prostota

 

Ten mój mem zdobył w 2 dni ponad 400 polubień i 89 udostępnień. Absolutny rekord póki co. A to pokazuje jak bardzo tęsknimy, a przynajmniej większość z nas, do prostoty życia, do większego dbania o to co tu i teraz. Zwracania większej uwagi na codzienne sprawy i nadawania im coraz większej wartości. Rozszalały konsumpcjonizm zaczyna nas chyba powoli przytłaczać. I bardzo dobrze. Bo ciągle sztucznie napędzana konsumpcja jest z definicji sztuczna i nic dobrego nie wnosi.

Nie ma nic niewłaściwego w korzystaniu z szerokiego zakresu  możliwości nabywania dóbr i cywilizacji. Jakoś nie trafiła do mnie idea minimalizmu, którą rozumiem z artykułów Leo Babauty – jako mam mniej, po to aby mieć mniej. Ale to co w idei minimalizmu jest dla mnie fantastyczne, to rozpropagowanie przekonania, że NIE TRZEBA mieć więcej.

Takie nastawienie jest w kontrze do tego, co propagowały przez lata wszelkie działy marketingu i sprzedaży, że nasze życie nie jest wiele warte jeśli nie będziemy posiadać:… i tu długa lista rzeczy, które należy kupić, które po roku najpóźniej staną się niemodne, co będzie wymagało kupienia kolejnych. Nie zawsze potrzebnych, ale za to modnych.

Kiedyś sprzedawałam mieszkanie. Patrzyłam na stertę rzeczy, z którymi musiałam coś zrobić, aby opróżnić lokal, a których wcale nie miałam zamiaru zabierać ze sobą do innego miasta. Patrzyłam na tę stertę rzeczy, których już wcale nie chciałam, a które kupowałam, używałam albo i nie, ale przede wszystkim  na które musiałam zapracować. I poświęciłam na to wiele godzin, rezygnując w tym celu z innych zajęć, takich jak chociażby spacer po parku, aby pracować i zarabiać, by kupować rzeczy, które niekoniecznie się przydały, przeleżały w szafach, a teraz nie miałam nawet co z nimi zrobić. To po co właściwie tyle kupowałam?

 

Chwila wspomnień

 

Kiedyś spędziłam 6 tygodni w Nepalu. W kwestii reklam, tam była tylko jedna reklama. A dokładnie dwie. Obie Coca-coli z dwoma znanymi aktorami Bollywood. Wisiały w Kathmandu w różnych miejscach, ale były to tylko dwa takie same, powtarzane wszędzie plakaty. I żadnych innych reklam. Nigdzie. Miałam więc odwyk reklamowy.

Po urlopie wróciłam do Polski, jadę sobie samochodem i nagle na poboczu widzę wielki plakat z reklamą telefonów komórkowych. Tak sobie patrzę na niego i patrzę, myślę i myślę, i coraz mocniej pojawia się we mnie głęboka myśl, że może… no a może…. I nagle oprzytomniałam  – po jaką cholerę mi 3-ci telefon! I to właśnie był efekt odwyku! Odzwyczaiłam się od reklam na tyle, że nie zadziałały do końca, zdążyłam oprzytomnieć zanim kupiłam, bo zdążyłam pomyśleć. I wtedy zobaczyłam, że moje długo pielęgnowane przekonanie, że na mnie reklamy nie działają, bo przecież dobrze wiem jak są skonstruowane, to bajki. Działają na każdego.

To jest właśnie konsumpcjonizm. Kupowanie nie dlatego, że potrzebuję. Kupowanie nawet nie dlatego, że coś jest ładne. Ale kupowanie, bo jest. Bo jest reklama, która mnie przekona, że będę się lepiej czuła jeśli kupię. Kupowanie odruchowe dla kupowania. Lub traktowanie posiadania coraz to nowych rzeczy jako wyznacznik jakości życia. Tyle, że kryteria tak zdefiniowanej jakość życia wyznaczają nam inni. Ci, którzy chcą nam coś sprzedać.

 

Antykonsumpcjonizm

 

I zdecydowanie jestem zwolenniczką antykonsumpcjonizmu. Ograniczam swój konsumpcjonizm, poprzez rozsądne wydawanie pieniędzy. Robię tak, bo je szanuję. Szanuję swoje pieniądze, a przez to i mój czas poświęcony na ich zarabianie.

Kiedyś nie patrzyłam na ceny, teraz patrzę. Staram się znaleźć ofertę niekoniecznie może najtańszą, ale mającą dla mnie najlepszy stosunek jakości do ceny i nienaruszająca przy tym moich zasobów finansowych. Kupuję dobry telefon, ale nie najdroższy, ani szczególnie modny. Tylko dobry i wystarczający. Kupuję nowy program do pisania tekstów, mimo, że dostępny jest też darmowy, ale darmowy mi nie odpowiada, ale zanim kupię, to najpierw dokładnie obejrzę różne, aby dobrze wydać moje pieniądze. Sprawdzę co będzie dobre i jednocześnie wystarczające. Ubrania kupuję w sieciówkach, i to zwykle na przecenach, bo przestałam rozumieć dlaczego mam na coś wydać 300 PLN, jeśli mogę na to samo wydać połowę albo i mniej tylko miesiąc później. Dbam o swoje pieniądze, wydaje je rozsądnie, właśnie dlatego, że je szanuję. I siebie przy okazji też.

Żeby było jasne, nie uważam, żeby było coś niewłaściwego w płaceniu za sukienkę czy buty po kilka tysięcy, jeśli kogoś stać to dlaczego nie. Ale to na co chcę zwrócić tu uwagę, to:

  • oddzielenie kupowania – od poczucia wartości naszego życia (bo to bzdura!) – to że czegoś nie kupujesz nie świadczy ani trochę o wartości Twojego życia.
  • oddzielenie kupowania od poczucia własnej wartości – bo każdy z nas składa się z większej ilości wartościowych elementów niż tylko telefon i markowe dżinsy na pupie.
  • i włączenie rozsądku przy kupowaniu – czyli kupowanie tego, co jest rzeczywiście warte Twoich pieniędzy czyli Twojego czasu i wysiłku jaki włożyłeś w zarobienie tych pieniędzy – i to włączenie tego BEZ wstydu i poczucia winy, bo tak niestety często jest, że rezygnacja kupowania tego co modne i drogie, wiąże się ze wstydem lub wręcz poczuciem winy – ach te reklamy!

 

Konsumpcjonizm

 

Nie wierz więc w to, że musisz coś kupić, bo dopiero wtedy gdy kupisz będzie to dowód na to „ile jesteś warta!” Jesteś warta bardzo wielu rzeczy i to co kupisz nie ma nic do tego.

A dlaczego to wszystko jest takie ważne? Kiedyś czytałam bardzo ciekawą książkę Marty Sapały: „Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków.” Książka opisuje dość ekstremalny eksperyment, w którym autorka wraz z rodziną i kilkoma ochotnikami, przez rok, w miarę możliwości starali się nie kupować nic, poza najbardziej niezbędnymi rzeczami oczywiście. To było ekstremalne, ale książkę i tak bardzo warto przeczytać. Bardzo ciekawa. Natomiast na końcu, autorka podsumowując projekt, pisze, że to nie był dla jej rodziny łatwy rok finansowo – jej mąż zmieniał pracę, ona pisała książkę, więc równocześnie nie pisała artykułów i ich wspólne dochody były znacznie niższe niż w innych latach, ale jednocześnie nigdy nie czuła się tak bezpiecznie finansowo jak podczas tego roku. I właśnie o to chodzi! Ograniczony rozsądnie konsumpcjonizm, to znacznie mniejszy stres życiowy i finansowy.

 

Dla precyzji przytoczę  z Wikipedii definicję czym jest konsumpcjonizm:

Konsumpcjonizm – postawa polegająca na nieusprawiedliwionym (rzeczywistymi potrzebami oraz kosztami ekologicznymi, społecznymi czy indywidualnymi) zdobywaniu dóbr materialnych i usług lub pogląd polegający na uznawaniu tej konsumpcji za wyznacznik jakości życia (lub za najważniejszą, względnie jedyną wartość).

 

Konsumpcjonizm nasz codzienny - Magda Walczak BLOG

 

 

O programie Magda Walczak

Coach, manager, trener biznesu, pasjonatka rozwoju osobistego i miłośniczka pisania :)

2 komentarze

  1. Świetny tekst, myślę bardzo podobnie. Mieć czy być? Zdecydowanie wybieram być, czego i innym życzę 🙂

A co Ty o tym myślisz?